Pal, czarownica i stara chata

W czwartek 25 lutego 2016 roku nieznany nikomu rysownik opublikował w sieci pierwsze plansze swojego autorskiego projektu. W najbliższą sobotę, w Dzień Darmowego Komiksu, album Hexenberg: Ursula Hammel trafi wreszcie do rąk pierwszych czytelników. Ja zaś mogę poszczycić się tym, że pracowałem przy jego redakcji.

Hexenberg - Ursula Hammel - review-1
Hexenberg: Ursula Hammel, Artur Biernacki, Jakub Oleksów

Praca w branży komiksowej jest z reguły bardzo przyjemna, zwłaszcza gdy na nasze barki spada odpowiedzialność poprowadzenia do druku jakiegoś tytułu. W takiej sytuacji nie tylko mamy szansę na śledzenie drogi, którą podąża dane dzieło, ale także możliwość wyciągnięcia zeń tego, co najlepsze, w ścisłej współpracy z autorami. Podobnie było w przypadku wspomnianego we wstępie Hexenbergu.

Gdy po raz pierwszy zobaczyłem plansze wykonane przez Artura Biernackiego, od razu urzekł mnie styl, w jakim zostały wykonane. Nieco nieproporcjonalne postaci w epokowych strojach rozbudziły bowiem skojarzenia z bliską mi estetyką Warhammera Fantasy Roleplay, choć autor wzorował się rzecz jasna na rycinach z XVI w. Linki do opublikowanych przez Biernackiego fotografii natychmiast podrzuciłem mojemu wydawcy, który w tamtym okresie nie mógł niestety podjąć się przyjęcia projektu pod swój szyld. Kilka miesięcy później rozpocząłem współpracę z Okami, młodą oficynką wydawniczą. Jakże wielkie było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że Hexenberg przyszedł tam razem ze mną.

Sporządzone tradycyjną metodą plansze Artur nadesłał zabezpieczone w prowizorycznej kartonowej teczce, dodatkowo wzmocnionej warstwami taśmy klejącej. Tusz, którym wykonane były ilustracje, wsiąkł w papier, odkształcając go nieco. Nie było wątpliwości, że całość potrzebowała lekkiego retuszu – wyrównania czerni, wyczyszczenia dialogowych dymków czy dodania spadów. Szczęśliwie wiedziałem, do kogo się z tym zwrócić. Z Jakubem Oleksowem znam się od dawna, a od kilku lat pracujemy wspólnie przy pewnej serii komiksowej. Jest to szalenie zdolny grafik, który z roku na rok rozwija się coraz bardziej. Jego charakterystyczny sposób nakładania barw czyni go w moich oczach jednym z najlepszych kolorystów w kraju. Kuba nie tylko poprawił elementy, o które go poproszono, ale jak miewa w zwyczaju, dodał coś od siebie.

Oszczędna kolorystyka, którą Oleksów zastosował w Hexenbergu, nie wykraczająca poza sepię, czerń oraz okazjonalną biel, korespondowała z kreską Biernackiego na tyle dobrze, że szybko dał się on przekonać do umieszczenia drugiego nazwiska na okładce. Nie chcę zbytnio wchodzić w detale, ale to, co zobaczycie na kartach albumu, jest z pewnością warte wyznaczonej przez wydawcę ceny. Warto w tym miejscu wspomnieć, że cena ta wcale nie jest wysoka, a album i tak bez trudu złapiecie w promocji w księgarni internetowej Gildia.pl. Znajdziecie tam także przykładowe plansze komiksu, więc dalszą ocenę walorów estetycznych pozostawiam Wam.

Obok warstwy wizualnej, Hexenberg: Ursula Hammel ma też inną interesującą cechę – sposób prowadzenia narracji. Pewne braki techniczne w komiksowym warsztacie narracyjnym debiutującego autora sprawiły, że płynnie miesza się tu ona z dialogami, a fokalizacja zmienia się bez żadnych wizualnych wskazówek pomagających czytelnikowi tę zmianę w porę odcyfrować. Tym samym, czytając o losach Ursuli Hammel, nawet po raz wtóry, zdarza nam się zapomnieć o tym, kto tak naprawdę opowiada historię. Z początku uznawałem to za wadę, którą należałoby wyeliminować, ale im dłużej pracowaliśmy nad albumem, tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że to właśnie owa nietypowa, nieskrępowana formą narracja stanowi jego ukrytą siłę. To z kolei spowodowało, że zdecydowaliśmy się na dobranie do niej równie nietypowej oprawy graficznej.

hex
Fot. Kczing!

W komiksie Biernackiego i Oleksowa nie znajdziecie białych dymków, kolorowych ramek czy didaskaliów. Hexenberg radzi sobie bez nich. Zamiast tego powitają Was czarne plamy atramentu, wypełnione białą czcionką, tworzące dziwny kolaż między powieścią graficzną a picturebookiem. W większości przypadków tekst wlany jest we wkomponowane w ilustracje kleksy, tu i tam wzbogacone o pojedyncze stróżki, mające wskazywać na mówiącą w danej scenie postać. Bywa również tak, że wypowiadane przez bohaterów kwestie objawiają się w obłokach pary, unoszących się wprost z wiedźmiego kotła. W ten nietuzinkowy sposób Ursula Hammel angażuje czytelnika w poznanie ponurego losu jej oraz jej dziecięcia.

Losy głównej bohaterki są tu kwestią tym bardziej interesującą, że Artur Biernacki oparł opowieść o faktyczne wydarzenia. Usula jest, jak się okazuje, postacią autentyczną, wspominaną w Historii Miasta Prudnika na Górnym Śląsku przez Johanessa Petera Chrząszcza. Skazana na śmierć za czarostwo i zabójstwo własnego dziecka, kobieta nie miała nigdy nic wspólnego z występującym w komiksie mistrzem katowskim, ale nie zmienia to faktu, że jego wątek także ma korzenie w rzeczywistości. O swoich fabularnych inspiracjach autor szerzej rozpisuje się w „Posłowiu”, którym wzbogacono album.

Sam komiks wydrukowany został na papierze kredowym o wysokiej gramaturze, a zamknięty w klejono-szytej oprawie. Matową okładkę, skomponowaną przez Biernackiego i Oleksowa, potraktowano lakierem punktowym trochę inaczej, niż oryginalnie to sobie wyobrażałem. Nie mogę jednak powiedzieć, bym był niezadowolony. Komiks liczy pięćdziesiąt dwie strony, więc fani grzbiecików będą mieli co postawić na półce. Ci zaś, którzy lubują się w odręcznych rysunkach w środkach albumów, również się ucieszą. Wewnętrzne strony okładki zostały bowiem przygotowane w taki sposób, że ozdobione przez autorów mogą wręcz idealnie korespondować z szatą graficzną utworu. Jeśli chcecie zapolować na czarownicę osobiście, najlepiej zrobić to w najbliższą sobotę podczas Dnia Darmowego Komiksu. Szanse na to, że spotkacie tam Biernackiego są dość wysokie, bo jego nazwisko widnieje wśród autorów publikowanego z tej okazji Darmozina.

Pracę redaktora znaczą też niestety pewne mankamenty. Kiedy polecacie prowadzony przez Was komiks, Wasza opinia automatycznie traci na wiarygodności. Ale wiecie co? Mam to w nosie. Powyższy tekst nie powstał we współpracy z Wydawnictwem Okami. Stanowi on moją prywatną opinię na temat debiutu Artura Biernackiego. Powiem więcej – wcale nie musicie mi wierzyć, bo z próbką jego możliwości będziecie mogli zapoznać się zupełnie za darmo 13 maja w progach Bilbioteki Uniwersyteckiej im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Jeśli zaś trafiliście na ten wpis w późniejszym terminie, nie martwcie się, bo razem z Arturem i Patrycją Awdjenko przygotowaliśmy dla Was coś jeszcze, czym na pewno nie omieszkamy się podzielić. Ale to już inna historia.

Fpdrz!

cropped-fpdrz-logo34.png

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Wspierane przez WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: