Thor vs Jason Aaron

Niektórzy mówią, że cokolwiek Jason Aaron zrobił z Thorem, Dan Jurgens zdążył wykonać lepiej. Gdybym nie czytał wcześniej Bogobójcy, po lekturze trzeciej odsłony przygód Gromowładnego z linii Marvel NOW! doszedłbym do wniosku, że nie musiało być to wcale takie trudne.

1586195o (1)
Thor Gromowładny: Przeklęty, wyd. Egmont

Widmo bożej bomby przestało wisieć nad dziewięcioma światami, a imię Bogobójcy zniknęło z ust dzielnych Asów. Thor Wiking, Thor Avenger oraz Thor Wszechojciec mogli wreszcie wrócić do swoich własnych czasów, odetchnąwszy z ulgą. Czasy jednak dla Asgardu od dawna nie są już bezpieczne. Po odejściu Odyna, który z własnej woli udał się na wygnanie w efekcie wydarzeń opisanych w Samym strachu (WKKM #96), unoszące się nad Oklahomą miasto bogów zżerane jest przez demokratyczne rządy kongresu. Kiedy zaś z mroźnych głębin Nilfheimu wypełznie dawno zapomniany wróg, dyplomacja i dobre intencje Wszechmatki Freyji będą ostatnią rzeczą zdolną stanąć mu na drodze.

Jason Aaron powraca w kontynuacji przygód Thora Gromowładnego, którego jedenastoma zeszytami ugruntował sobie pozycję jednego z najlepszych scenarzystów pracujących nad tą postacią dla Marvela. Wydane w zeszłym roku przez Egmont tomy Bogobójca oraz Boża bomba składały się na jeden wątek, nie tylko będący przykładem fascynującej, wielopłaszczyznowej konstrukcji fabularnej, ale również olśniewający wizualnie kreską Esada Ribika, doprawioną kolorami Ive Svorciny. Trzeci występ Aarona na łamach serii, opatrzony podtytułem Przeklęty, nie może niestety pochwalić się żadną z tych rzeczy.

Nie jest oczywiście tak źle, jak mogłoby się wydawać po powyższym wstępie. Odpowiedzialny za rysunki w większej części albumu Ron Garney prezentuje na ogół poprawny warsztat. Przy dwóch końcowych zeszytach artysta współpracuje jednakże z ilustratorką Emanuelą Luppachino i choć obojgu nie można odmówić talentu, trudno nie odnieść wrażenia, że momentami żadne z nich nie miało ochoty pracować nad tą historią. Zdarza się, że twarze postaci, zwłaszcza Thora, wyglądają, jakby rysowane były przysłowiową lewą ręką lub z zamkniętymi oczami, czego kolorysta żadną miarą nie jest w stanie odratować.

Co gorsza, rzeczony kolorysta również zdaje się niespecjalnie starać, więc braku chęci do pracy nad albumem nie sposób przypisać jedynie rysownikom. Wiele teł zieje bielą nie służącą wcale uwypukleniu sytuacji przedstawianych na pierwszym planie. Sprawia to wrażenie, jakby całemu zespołowi po prostu zabrakło pomysłu na zagospodarowanie przestrzeni na planszy. Szczytem niedbalstwa Svorciny jest zaś ostatni panel piętnastego zeszytu, zmieniający efektowny cliffhanger w niedokończoną kolorowankę. Szczęśliwie mankamenty te można zliczyć na palcach dwóch dłoni i reszta strony wizualnej Przeklętego jakoś to kompensuje. Niesmak niestety pozostaje, zwłaszcza że w żadnym miejscu nie jest to poziom, do którego Chorwat zdążył nas przyzwyczaić pierwszymi dwoma tomami.

Największym problemem komiksu jest jednak Jason Aaron, zupełnie nie radzący sobie z obraną przez siebie formułą. Trzeci tom Thora Gromowładnego składa się tak naprawdę z trzech historii: pierwszej, domykającej wątek Thorów z różnych czasów, ostatniej (i najlepszej), nawiązującej do przygód boga gromu w okresie wczesnego średniowiecza, oraz głównej, opowiadającej o pogoni za tytułowym Malekithem Przeklętym. O ile pierwszy i ostatni zeszyt albumu to niezależne historie, trzymające przyzwoity poziom, o tyle trzon Przeklętego jest niczym więcej, jak przeładowanym powtarzalną akcją, generycznym fantasy, opartym o schemat „zabili go i uciekł”.

Instasize_0818175601
Fot. Kczing!

Początek opowieści, w którym Malekith zostaje uwolniony ze swojego mroźnego lochu przez wiernych mu mrocznych elfów, czyta się jeszcze wcale nieźle. Drastyczny spadek jakości zaczyna się natomiast później. Thor, chcąc wyruszyć w pogoń za zbiegłym i szalenie niebezpiecznym czarownikiem, nakazem kongresu światów musi przyjąć do drużyny przedstawicieli mitycznych ras, reprezentujących podczas pogoni interesy ich narodów. Nie byłoby w tym może nic złego, gdyby nie fakt, że zaproponowane przez Aarona postaci nie mają czytelnikowi do zaoferowania niczego ciekawego. W fabule rozplanowanej na cztery zeszyty, w której Thor i kompania naprzemiennie szukają Malekitha, biją się z Malekithem i dają Malekithowi uciec, między drużyną nie zachodzą jakiekolwiek relacje, choć scenarzysta bardzo stara się wmówić nam na koniec, że jest inaczej, bo przecież poświęcił dwie plansze na scenę pijaństwa.

Może zamiast skupiać każdy rozdział historii na nudnej łupance, przetykanej dolepionymi na siłę odzywkami bohaterów, warto byłoby ograniczyć się do jednego starcia, dwa środkowe zeszyty obliczając na faktyczne budowanie więzi między zupełnie obcymi czytelnikowi postaciami? Nie określam też przedstawionej przez Aarona łupanki nudną bez powodu. Amerykanin ewidentnie nie czuje się bowiem dobrze w takich scenariuszach. Niemal każdemu panelowi zawierającemu akcję obowiązkowo towarzyszy jakaś wypowiedź, nierzadko więcej niż jedna, potęgując wrażenie braku zainteresowania autora pisaniem scen grupowych potyczek. Jednak najbardziej irytującymi aspektami Przeklętego są panele, w których widoczni są wszyscy członkowie uformowanej na potrzeby pogoni „Ligi światów”. W takich sytuacjach możemy być pewni, że każdy z nich, niczym drużyna Power Rangers, wypowie jakąś kwestię, jakkolwiek zbędna by ona nie była.

Nie jest oczywiście tak, że trzeci tom Thora Gromowładnego jest komiksem tragicznie złym. Jeśli jesteście na bieżąco z Wielką Kolekcją Komiksów Marvela, możecie być pewni, że czytaliście już dużo gorsze rzeczy. Kolory w Przeklętym są ładne, rysunki, z drobnymi wyjątkami, solidne, a pisarstwo przez większą część albumu znośne. Co w takim razie zawiodło? Paradoksalnie były to poprzednie dwa tomy, którymi Aaron ustawił sobie poprzeczkę wyżej, niż był potem w stanie doskoczyć. Jeżeli wypełniony po brzegi akcją kolorowy komiks jest lekturą, której potrzebujecie, by odprężyć się w niedzielne popołudnie, prawdopodobnie będziecie zadowoleni, zwłaszcza że wydanie Egmontu prezentuje naprawdę wysoki standard. Ale jeśli lubicie, gdy czytana historia angażuje Was na poziomie emocjonalnym, a przedstawionych w niej bohaterów wspominacie długo po odłożeniu komiksu na półkę, Przeklęty będzie wielkim rozczarowaniem.

O jakości technicznej komiksów spod szyldu Marvel NOW! wydawanych w Polsce pisałem już przy okazji recenzji Amazing Spider-Mana: Sczęścia Parkera i trudno tu dodać cokolwiek nowego. Jak w przypadku poprzednich przygód Gromowładnego, na stanowisku tłumacza zasiada Marceli Szpak, który spisuje się niemal fantastycznie. Gdyby nie miejscami koszmarne dialogi Aarona, tom ten warto byłoby kupić dla samej lokalizacji imion oraz przydomków obecnych w nim postaci. Przywykłem już do tego, że bohaterowie komiksów potrafią bezbłędnie artykułować dźwięki, nie posiadając warg, choć wymagało to ode mnie dużo większego zawieszenia niewiary, niż piętnastolatek zyskujący pajęcze moce. Po lekturze Przeklętego natomiast jedna rzecz nie daje mi spokoju – dlaczego Jason Aaron żyje w przekonaniu, że struny głosowe znajdują się w języku? Ku mojemu rozczarowaniu żadna ze stu pięćdziesięciu sześciu stron komiksu nie zawierała odpowiedzi na to niezwykle nurtujące pytanie.

Fpdrz!

cropped-fpdrz-logo34.png

Serdeczne podziękowania dla wydawnictwa EGMONT za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Jedna myśl na temat “Thor vs Jason Aaron

Dodaj własny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Wspierane przez WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: